Irek Sobota

Polarne zachwyty


Być może inaczej powinna wyglądać relacja z wyprawy. To są tylko moje wspomnienia i moje polarne zachwyty. Nic nie zostało zmienione. Wszystko zostało napisane pod wpływem chwili. Pod wpływem piękna, które mnie otaczało i powodawało, że moje myśli wariowały.


SIERPIEŃ - CIĄG DALSZY


22.08.1997 23.08.1997 24.08.1997 25.08.1997 26.08.1997 28.08.1997 29.08.1997 30.08.1997 31.08.1997

22.08.1997 (piątek) godz. 1210

Wróciliśmy z wycieczki na południe Kaffioyry. Zawieźliśmy tam panią Wandę i Edytę. Będą wracały pieszo, robiąc swoje badania biologiczne. Wstaliśmy bardzo wcześnie, gdyż pogoda była śliczna. Brak wiatru i gładkie morze. Jednak, kiedy przepłynęliśmy kilka kilometrów zrobiła się fala. Ale jeszcze nie było najgorzej. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy dawnym „obozie południowym".
...i to jeszcze nie jest koniec. Jeszcze mam dużo sił. Jeszcze ich trochę wystarczy. Czasami w oczach widzę, mam zmęczenie. I ty to widzisz. I myślisz, że powoli będziemy tacy sami, jak oni. Ale nie. Uwierz. Kiedy mówię, że nie mam siły, że jestem zmęczony, to nie słuchaj. To tylko chwila. Naprawdę jeszcze trochę ich mam. Tylko czasem ktoś mi siły zabiera. Ktoś, kto umie to robić. Zawsze się ktoś taki znajdzie...
...i będziemy patrzyli się w Księżyc. Deptali ścieżki wśród kwiatów. Na nowo będziemy odkrywać siebie. Cząstka po cząstce...
...żyjmy w tym pośpiechu. Łapmy wszystko. I czasem biegnąc tak, możemy się potknąć. Ale zawsze można się podnieść. Więc spieszmy się. Biegnijmy...

22.08.1997 (piątek) godz. 1426

Zostaliśmy w trójkę. Ja, profesor i Andrzej. Być może gdzieś popłyniemy. Chociaż nie wiadomo, bo zmaga się wiatr. Szkoda mi Darka, bo musiał iść na lodowiec z Bodziem, a wiem że nie chciał i na dodatek musi z nim zostać na noc. Jutro ja wymienię Bogdana.

22.08.1997 (piątek) godz. 2320

Zrobiliśmy sobie piękną wycieczkę łódką na drugą stronę cieśniny Forland. Podpłynęliśmy pod wysoki, klifowy lodowiec. Lodowa ściana urwiście zanurza się w słonej wodzie. Zrobiliśmy dużo zdjęć. Przy okazji fotografowaliśmy foki. Ponad lodowcem wznosił się najwyższy szczyt Wyspy Księcia Karola - Monako. Potęga lodu w tym miejscu jest szczególna.
Kiedy wróciliśmy wybrałem się pomierzyć przepływ do przełomu.
Teraz czekamy na Edytę i panią Wandę. Jak nie wrócą do północy, to płyniemy po nie na południe Kaffioyry. Tak się umówiliśmy. Cały czas ładna pogoda.
...stary dom koło morza, koło restauracji „Perełka" był zawsze ciepły. Zawsze mam to w pamięci. Wiosenne wieczory na ławce pod domem. Zabawy, tysiące gier. Wojny z rybakami. Zimowe wieczory w domu. Zabawki. Piec w przedpokoju. Patrzyło się w niego bezustannie. Grzebało się w nim, gdy nikt nie patrzył. Klocki. Mama i tata z przyjaciółmi grają w karty. Spanie przy zapalonym świetle, kiedy noce wydawały się szczególnie czarne. Kolorowanie malowanek w kuchni. Bitwy o wszystko i o nic z bratem. Boże Narodzenie i Królowa Śniegu. I tak było. Zawsze było ciepło. Było dobrze...
...i był czas, że w naszym kraju nie wiedzieliśmy co to są pomarańcze i banany. Kraj był czarno-biały. Tak łatwiej jest utrzymać ludzi w niewoli. Dając im od czasu do czasu, to czego nie mają, albo mają bardzo mało. Wtedy ludzie się cieszą. Są dumni ze swojego kraju. Ale to właśnie był totalitaryzm i faszyzm komunizmu...

23.08.1997 (sobota) godz. 334

Panie wciąż nie wracają. Już wydawało się nam, że je widzimy. Poszliśmy więc z Andrzejem im na przeciwko, aby im pomóc. Okazało się, że to były renifery. Przy okazji znalazłem piękny krąg wieloryba.
Zatem popłynęliśmy łódką ich szukać. Niestety nic to nie dało. Trochę się o nie boimy. A dookoła cisza. Lodowce oświetlone są żółtym, pomarańczowym i różowym światłem. Na dworze mróz -1 °C. Ach.

23.08.1997 (sobota) godz. 400

Wciąż ich nie ma. Idę spać. Czekamy do rana.

23.081997 (sobota) godz. 1230

Panie wróciły o siódmej rano. Miały długą dobę pracy. Pogoda cały czas słoneczna. Aż trudno uwierzyć. Znowu miałem fajny sen. Tu zawsze mam tysiące snów i wszystkie piękne, dziwne, inne.

24.08.1997 (niedziela) godz. 123

Znowu noc na lodowcu. Znowu z Darkiem. Właśnie zasypiamy. Jest ciepło. Wstajemy jutro wcześnie. Dziś był dzień pomiarów wielkości ablacji. Pogoda cały czas śliczna. Ablacja na lodowcu wyraźnie ustaje. Cieki już nie płyną, a w przełomie coraz mniej wody.
...i marzę by tu kiedyś zamieszkać. Tu, albo w latarni w Szkocji, gdzieś na skalnym, wysokim klifie. Gdzieś, gdzie ciągle mży deszcz. A ja mam tam swój dom...
...i cały czas myślę o tobie...
...jest cisza, w piecu ogień, a niebo jest tuż, tuż...

Jedną z rzeczy, którą najbardziej lubię na Spitsbergenie jest pływanie naszą łodzią z silnikiem. Sunie się po wodzie. Często są duże fale i wtedy bardzo trzęsie. Trzeba się bardzo mocno trzymać. Coraz częściej ja prowadzę łódkę. To jest bardzo podniecające. Dookoła lodowce, góry, foki, a pod nami lodowata woda. Można by tak bez końca. Nigdy jeszcze w czasie wypraw nie było kursu łódką beze mnie. A dziś był. Gdy my tu pracowaliśmy na lodowcu, oni popłynęli sobie na Sarstangę. Beze mnie!!!

24.08.1997 (niedziela) godz. 1305

Pospaliśmy trochę dłużej, ponieważ dowiedzieliśmy się przez radio, że profesor przyjdzie później. Nieważne jak długo się śpi, ważne żeby zrobić to co się zaplanowało.

24.08.1997 (niedziela) godz. 2300

Mierzyliśmy z Darkiem przepływy potoków na lodowcu. Prowadzą już bardzo mało wody. To oznaka zbliżającego się końca sezonu ablacyjnego. Później wybraliśmy się do miejsca, gdzie wody jeziora zaporowego wpływają do tunelu inglacjalnego. Dało się nawet głęboko wejść. Uczucie było bardzo egzotyczne. Otoczony byłem przez masę lodu. Przez potęgę lodowca.
Teraz jesteśmy w bazie. Kiedy my ciężko pracowaliśmy na lodowcu pozostali zrobili sobie wycieczkę łódką do Jonesfiordu. Bez nas. No cóż. To nie moja sprawa, jak wszystko się dzieje. Ja mam tu swój mały świat i jest mi dobrze.
...i zawsze musimy być inni. Zawsze musimy się starać żyć lepiej i łatwiej. Na każde ich jeden krok, muszą przypadać nasze trzy. Na każdą ich trzy sztuczne przyjaźnie, musi przypadać nasza jedna prawdziwa...
Z dnia na dzień spada temperatura powietrza. Robi się coraz zimniej. Za tydzień odpływamy. Smutno. Czasem tęskni się za najbliższymi. Spotka się z nimi, ale wtedy będzie się tęsknić, za tym co tutaj. Za każdym kamykiem, mchem, porostem. Za morzem. Za lodem. Za naszym domem tutaj.

25.08.1997 (poniedziałek) godz. 1403

Pogoda wyraźnie się pogarsza. Chłopcy z profesorem robią dach w przybudówce. Pomagam im, ale mam dyżur, więc głównie robię obiad. Profesor dzisiaj ma zły humor. Chyba zadajemy za dużo pytań.

25.08.1997 (poniedziałek) godz. 2340

Siedzę teraz sobie przy przełomie. Patrzę na rzekę, na miejsce, do którego tyle razy chodziłem. Tyle razy. Znam tu każdy kamień. Rozpoznaję swoje ślady na tundrze. Ale już niedługo nie będę tędy chodził. A potem dalej na lodowiec. I po lodowcu. Znany tu mi jest każdy kawałek lodu. W rzece płynie coraz mniej wody. To znak, że zbliża się zima. Jest to charakterystyczne dla rzeki lodowcowej. Znowu się przyzwyczaiłem do miejsca. Do czegoś. I znowu trudno będzie się rozstać. I znowu będę czekał, by tu wrócić. Przede mną brązowa Kaffioyra, cieśnina Forland, Wyspa Księcia Karola. Za mną lodowiec Waldemara. A niebo jest tuż, tuż.
Cały dzień robiliśmy różne prace przy bazie. Obijaliśmy deskami nową dobudówkę na magazyn. Profesor rzucał palnikiem, kiedy kładliśmy papę. To już norma.
...i często żałuję, że brakowało mi czasu by wyjeżdżać do bliskich. Dziś niektórych z nich już nie ma. I nigdy już ich nie zobaczę. Przynajmniej na ziemi...
...i nieprawdą jest, że po dniu przychodzi noc, to po nocy przychodzi dzień...
...i czasami wyobrażam sobie, ze do tej pory to nic nie było. A wszystko dopiero będzie. I widzę to w snach. I czasami boję się. Lecz nie ma się czego bać, to przecież tylko sny. Ale czy na pewno?...
...i myślę, że subtelność u kobiety to cecha najważniejsza. Być subtelną to tak jakby piórko unosiło się na wietrze, kiedy nie ma wiatru...

26.08.1997 (wtorek) godz. 1137

Właśnie wróciliśmy z obozu południowego. Byliśmy tam łódką zawieźć dziewczyny, a wrócą pieszo. Być może za jakiś czas popłyniemy do Ny Alesundu.
Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest, ze dzisiaj po raz pierwszy w historii naszego pływania wypłynąłem na morze sam, bez profesora. Zawieźliśmy panie do obozu południowego. Tam zawsze jest przybój i trzeba bardzo uważać. Myślę, że wszystko poszło dobrze. Jestem zadowolony.
...woda i pływanie łodzią zawsze mi towarzyszyły. Zawsze gdzieś była łódka. Nad morzem były kutry. Był prom w Świnoujściu. Cała praca magisterska i pomiary w terenie odbywały się z łodzi. I tak już będzie chyba zawsze...
... i gdybyś tu była, to morze by głośniej szumiało, a ptaki by piękniej śpiewały. Gdybyś tu była niebo zawsze byłoby niebieskie. A ja zachwycałbym się jeszcze bardziej. I niby jesteś tu wszędzie i pełno tu ciebie. To jednak brakuje mi ciebie...
...i bądźmy szaleni. Wariujmy. Pijmy wódkę. Bawmy się. Ale ostrożnie i grzecznie. I zawsze bądźmy blisko. Kiedyś wszyscy się rozstaniemy. Nie będzie kolegów, koleżanek, przyjaciół. Dlatego bierzmy siebie. Bierzmy od siebie cząstka po cząstce...

26.08.1997 (wtorek) godz. 2045

Jestem sobie na szczycie moreny lodowca Ireny. Przyszliśmy tu z Darkiem, przy okazji drogi do przełomy. Chociaż całkowicie to nie jest po drodze. Ale chcieliśmy zobaczyć z bliska ten lodowiec. Jest zimno, ale świeci słońce. Wczoraj mierzyliśmy temperaturę wody jezior na przedpolu lodowca Aavatsmarka.
...żeby coś naprawdę ujrzeć, trzeba najpierw otworzyć oczy...

28.08.1997 (czwartek) godz. 130

Środa minęła bardzo szybko. A to dlatego, że popłynęliśmy do Ny Alesundu. Bardzo fajnie się płynęło, bo było gładkie morze. Pomimo, że było pochmurno. Do Ny Alesundu płynęliśmy tylko godzinę i piętnaście minut. To była moja ostatnia wizyta w tym ukochanym miejscu świata. Znowu znajome twarze. Znowu serce mocniej biło. I jeszcze młoda dziewczyna, bardzo sympatyczna z kitkami, która kiedy otworzyłem jej drzwi, powiedziała mi: „dziękuju". I to było dobre.
Tym razem był z nami Andrzej. Okazało się, że w Ny Alesundzie jest Wojtek Moskal, z którym się oczywiście spotkaliśmy. Jak zwykle pomagał nam. Załatwiliśmy sprawy. Kupiliśmy tanio nowy skuter. Chleb, masło i z powrotem.
I wszystko się znowu kończy. Jest mi smutno. Kiedy znowu zobaczę Ny Alesund? I czy w ogóle zobaczę? Kiedy znowu ich wszystkich ujrzę? Kiedy przywitają mnie Trzy Korony? Kiedy ujrzę miłe uśmiechy ludzi Północy?
Teraz wszyscy śpią. Za oknem pochmurno.

28.08.1997 (czwartek) godz. 1150

Pada deszcz i nic nie widać. Trwają prace wokół stacji. Trzeba powoli sprzątać po sobie i przygotować stację na zimę.

29.08.1997 (piątek) godz. 055

Czwartek upłynął głównie na pracach wokół bazy. Profesor przez cały dzień nie miał humoru. Traktuje mnie bardzo nie fair. Trochę mi przykro, bo inni to też widzą. Eeee...
Wieczorem z Andrzejem i Darkiem wybrałem się do przełomu i na lodowiec.
...i gdyby drzewa nie miały liści, byłyby jak ludzie. Gdyby ludzie mieli liście, nie byliby jak drzewa...

30.08.1997 (sobota) godz. 112

Piątek był dniem pogodnym, lecz teraz jest wichura i pada deszcz. Niby cały czas trwa dzień polarny, to jednak jest już ciemnawo. Zmrok. Niby jasno, ale już inaczej.
Dzisiaj głównie dowiercaliśmy tyczki, aby przetrwały i nie wytopiły się do następnego sezonu. Powoloi zabezpieczamy domek na lodowcu, na zimę.
Zostały nam tylko prace wokół stacji.
...i często myślę, by być w Dziwnowie. Chodzić po plaży. I wkrótce tam będę...
... a potem wrócę tu, bo tu umiem już tylko żyć...

30.08.1997 (sobota) godz. 1358

Przed chwilą pomierzyliśmy zmarzlinę i zabezpieczyliśmy łódkę nad jeziorem. Teraz wybieramy się na lodowiec. Jest bardzo ciepło + 6 °C. Czyżby wracało lato?

31.08.1997 (niedziela) godz. 115

Jest noc. Naprawdę jest noc. Na dworze ciemno, chociaż jeszcze nie czarno. Jeszcze takich ciemności tu nie widziałem. Wieje wiatr i leje. No, ładnie nas Spitsbergen żegna. Ocieplenie i ulewa spowodowały, że bardzo duża była dziś ablacja, a w przełomie płynęło dużo wody. Nie spodziewałem się tego.
Pomiar w przełomie wykonałem z wielkim trudem, gdyż nie mogłem ustać w rzece, tak szybko płynęła. Potem mierzyłem pozostałość po nalodzi. Wybrałem chyba najgorszą porę, bo było bardzo ślisko. Chodziłem na czworaka i się czołgałem. Ale swoje zrobiłem. Trochę posiedziałem w domku i do bazy.
W tej chwili jesteśmy po małej imprezie. Pożegnalnej. Profesor nie jest trzeźwy. Darek wymiotuje. Bogdan pijany śpi. Było wesoło.
Jutro ma po nas przypłynąć Hans Lund i zabrać nas do Longyearbyen. Ciekawe czy w taką pogodę przypłynie.
Dziwne to takie wszystko, że dookoła jest ciemno. Przecież zawsze było tak jasno. Niedługo zapadnie noc polarna i wszystko otuli czerń. Wszystko się schowa, aby odpocząć.

31.08.1997 (niedziela) godz. 1025

Wieje, wieje i pada.

31.08.1997 (niedziela) godz. 1400

I wciąż wieje. Ciekawe czy przypłynie Hans i czy wypłyniemy na czas, zgodnie z planem? Narazie jest to wielka niewiadoma. Wszyscy się pakują i trwają prace wokół stacji.
Dziś mam dyżur. Rano przywitały mnie dwie miski garów do mycia, po wczorajszej imprezie. Ale jakoś sobie poradziłem. Przygotowałem zupę mleczną, a teraz czeka mnie obiad.
...i Krasnal powiedział „Utwórzmy sobie plemię, wybudujmy sobie domek". I poszedł Krasnal w świat szukać. Szedł bardzo długo i długo, aż zatrzymał się u brzegu wielkiej rzeki. Rzeka ta miała piękny zielony kolor. Zdziwił się Krasnal. Wtem...
...i z wody wynurzyła się piękna Krasnala, o ślicznych błękitnych oczach i ciepłym, subtelnym uśmiechu. I opowiedział jej Krasnal o swoich planach. I mówił do niej bardzo długo. Aż pokochał ją, a ona pokochała go. I szli dalej razem. Wędrowali i wciąż rozmawiali, rozmawiali...
...i opowiadał jej o górach, o lasach. Opowiadał o wielkiej wodzie. I opowiadał też o dziwnych dużych krasnalach, którzy nazywali siebie ludźmi. O ich dziwnych zwyczajach. O tym, że większość rzeczy robią całkowicie odwrotnie. I są tacy niemiłosiernie zagubieni. I, że udają, że są szczęśliwi. A każdy ma swój mały świat i tam wszystko chowa. Ukrywa. I nikt inny o tym nie wie. I mówił, że ci dziwni krasnale są często smutni. I radzą się siebie i pocieszają. Ale tak naprawdę jest ich mu żal...
...i słuchała go Krasnala. Czasem się uśmiechała, czasem płakała. I była dumna ze swojego Krasnala. I tak szli i żyli razem...
...i zobaczyli piękną polanę, gdzieś na wysokiej skale. Zbudowali małą latarenkę. Z jeszcze mniejszym światełkiem na samym jej szczycie. Często mżył deszcz, ale oni już mieli swój dach. I mieli swój domek...
...a potem pojawiło się u nich dwoje małych krasnoludek. I mieli już swoje plemię...

31.08.1997 (niedziela) godz. 1655

Cały czas zawieja. Pakujemy się. Chociaż nadzieje, że Hans przypłynie na czas, jest coraz mniejsza. No, ale trzeba być przygotowanym.

31.08.1997 (niedziela) godz. 2308

Właśnie wróciłem z przełomu. Byłem tam już chyba ostatni raz. Szedłem w wielką ulewę. Prawie nic nie było widać. Rzeka prowadzi bardzo dużo wody, że aż się tego nie spodziewałem. W środkowym biegu wylała z brzegów. W przełomie płynęła tak szybko, że nie było możliwe wykonanie pomiaru przepływu. Szkoda.
Potem wracałem. Lał deszcz. Szarzało. Obudziłem renifery. Otrząsły się z wody. Popatrzyły na mnie. Może zdziwione? I poszły w swoją stronę.
Teraz oczekujemy czy przez radio UKF odezwie się Hans. Lecz pogoda na to nie wskazuje. Za to wskazuje na to, że nasz wyjazd się opóźni.
Już prawie 1 wrzesień, a więc czas do szkoły.
...i kończyły się wakacje i trzeba było iść do szkoły. I robiło się jakoś tak smutno. Coś uciekało. Kończyły się wakacje...


WRZESIEŃ