English version
Pobieranie animacji...
Menu główne:
Ostatnie Wyprawy:
Szybkie linki:
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu





Odwiedź nasz profil w portalu Facebook

Szukaj nas też na Twitterze

Legenda o Aavatsmarku i jego dwóch pięknych córkach

Działo się to bardzo dawno temu.

Kiedy jeszcze w Krainie Poszarpanych Szczytów nie było lodowców, a morza, zatoki i fiordy nigdy nie zamarzały.

Tylko czasami padał śnieg i otulał białym płaszczem wysokie góry i głęboko wcięte doliny. Życie wtedy cichło, jakby biały puch oznaczał coś groźnego. Ale groźny nie był. Tylko wszelkie istoty zamieszkujące tę ziemię nie lubiły jego zimnego dotyku. Bywały dni, zwłaszcza kiedy na północy wisiały ciężkie, czarne chmury, że wiał silny wiatr. Owijał się wokół szczytów, szlifując je, wyrywając starsze okruchy skalne. Wdzierał się w doliny, marszczył wodę rzek z nich wypływających.

Innym razem, kiedy z południa nadciągały ciemne, skłębione zasłony z chmur, padały obfite deszcze. Cała natura była wtedy szczęśliwa, gdyż dostawała swojego pożywienia.

Gdy cichł wiatr, przestawał padać deszcz, zalegała cisza. Słychać było tylko biegające stada reniferów. I szelest wyrywanych przez nich roślinek. Gdzieś w oddali dudniły ciężkie kroki niedźwiedzi, które całymi stadami tutaj żyły. Najczęściej spotkać można było pojedyncze osobniki, które urządzały polowania. Ich olbrzymie łapy pozostawiały na długo ślady w brązowej ziemi. Czasami na skale mignął puszysty ogon lisa, srebrzący się w promieniach słońca. I zawsze słychać było szum morza. Wielka woda grała, śpiewała najróżniejsze pieśni. Kiedy wszystkim było smutno morze szumiało wesoło. Kiedy wszyscy się zamartwiali, śpiewało pocieszające pieśni. Na jego brzegach leniwie wylegiwały słonie morskie i foki. Opalały swoje ciała w słońcu, studząc się słonymi falami. Po niebie fruwały tysiące ptaków. Ptaków o różnych kolorach. Dumnie krążyły nad toczącym się pod nimi życiem.

W Krainie tej żyli również ludzie. Niewielkie plemiona, które w bardzo silnej przyjaźni ze zwierzętami, toczyły spokojne życie, czasem pełne radości, a czasem i trosk. Jednakże zawsze byli uśmiechnięci, weseli i szczęśliwi. Gdy tylko komu? złego się działo, drugi pędził mu na pomoc. Gdy jednej rodzinie gorzej się wiodło, wszystkie inne jej pomagały. Mimo, że żyło kilka rodzin, to wszyscy stanowili jedne wielkie gniazdo. Panowała radość, miłość i zgoda.

Jednak od czasu do czasu spokojne życie tych dobrych ludzi zakłócała myśl o bogu mrozu Forlandzie. Ten zły bóg straszył ich często, że kiedyś wszystkich zamieni w bryły lodu. A kiedy nie był w humorze rzucał na nich śnieg, zimna którego się bardzo bali. Błagali go, prosili. Ale on wcale nie słuchał. Śmiał się tylko szyderczo, kpił i sypał śniegiem. Jednakże miejscem, gdzie mieszkał była cieśnina otaczająca tą Krainę. Dlatego nie chciał tak szybko spełniać swoich gróźb. Wiedział dobrze, iż wtedy również zamarznie woda i rzadko będzie mógł wypływać na powierzchnię, by swą okrutną twarzą, psuć piękno tej malowniczej ziemi.

Wśród ludzi tu żyjących jedna osoba uznawana była przez wszystkich za najważniejszą. Był to stary, poczciwy Aavatsmark. Sędziwy już człowiek, którego mądrość i dobroć znane były na setki kilometrów. Potężnie zbudowany, lekko już przygarbiony, bywał we wszystkich chatach. Pomagał każdemu. Wszyscy go kochali i wielbili. Jego długie siwe włosy błyszczały, świeciły, jakby był bogiem. Ale bogiem nie był, lecz wielu go za takiego uważało. Jego duże, niebieskie oczy nieraz pocieszyły zasmuconą istotę, a po jego mądre rady wędrowali ludzie nawet z krain odległych o tysiące kilometrów.

Jedynym zmartwieniem Aavatsmarka były jego dwie córki Irene i Elise. Chciał on je wydać za mąż za poczciwych młodzieńców, lecz one nie mogły znaleźć tego jedynego. Choć o ich rękę ubiegało się wielu młodzieńców. Bo były piękne. Tak piękne, że kiedy się na nie patrzyło, wszystko dookoła bledło, szarzało, traciło blask.

Irene była smukła, miała długie jasne blond włosy. Falując spływały niemalże do ziemi. Pełne usta, lekko zadarty nos i szeroko otwarte oczy, otoczone gęstymi rzęsami. Kiedy nimi trzepotała każdy młodzieniec czuł się zakłopotany i nie wiedział gdzie kierować swój wzrok. Miała delikatny, dźwięczny głos, który przyprawiał o zawrót głowy z zachwytu. I tak samo jak jej ojciec była dobra. Pomagała każdemu i wszyscy ją kochali. Elize była wysoka, miała zawsze silnie opalone ciało. Jej elastyczną, miękką twarz zasłaniały często, zwłaszcza przy dużym wietrze, czarne jak węgiel włosy. Jej zgrabna figura była jak posąg wśród pokruszonych skał. Jednakże nie to wszystko było w niej najpiękniejsze. Najcudowniejszy był dotyk jej dłoni. Kiedy kogoś dotknęła to jakby przeszedł gorący dreszcz. I tak samo jak jej ojciec była dobra. Wszyscy ją kochali.

Miała ona swojego przyjaciela, którego uwielbiała i kochała. Kiedyś, gdy szła kamienistą ścieżką, wijącą się wśród wypłowiałych skał, usłyszała za jedną z nich jakiś dźwięk. Podeszła bliżej i zobaczyła, że coś się świeci na niewielką skałką. Zaciekawiona co to takiego może być zrobiła jeszcze kilka kroków. I nagle ujrzała skulonego, ślicznego liska. Był piękny, miał srebrnobiałą sierść i bardzo dziwne zielone oczy, które spoglądały one na nią prosząco. Schyliła się ku niemu i nagle stała się rzecz nieprawdopodobna, przemówił on do niej ludzkim głosem:
- Pomóż mi. Kamień osunął się ze stoku i przygniótł mi łapkę. Strasznie mnie boli i nie mogę się wydostać.
- Oczywiście...- odpowiedziała drżącym z wrażenia głosem - ...tylko jak ?
- Spróbuj zepchnąć głaz dalej w dół stoku.
Elize ze wszystkich sił jakie posiadała zaczęła popychać wielki głaz. Ale ten ani drgnął. I jeszcze raz...tym razem jeszcze silniej. Trochę jakby się poruszył. Nadzieja w nią wstąpiła, gdyż wiedziała jak lisek cierpi. Jeszcze raz... i wielki kamlot potoczył się w dół. Uradowany lisek podskoczył do góry i zaczął łasić się do pięknej dziewczyny.
- Nigdy ci tego nie zapomnę - powiedział i już chciał odejść, ale ona go zatrzymała.
- Przecież masz chorą łapkę. Dokąd chcesz pójść ? Nigdzie nie pójdziesz w takim stanie. Zabieram cię ze sobą.
- Nie mogę pójść z tobą - odpowiedział lisek - Kiedy ludzie dowiedzą się, że umiem mówić będą mnie dręczyć i życie moje stanie się koszmarem.
- Ach nie martw się. Nikt się nie dowie. Ja nikomu nie powiem. Będzie to nasza tajemnica - rzekła Elize i zabrała liska do domu.
W drodze powrotnej lisek opowiedział jej historię o sobie.
- Jesteś piękna - rzekł do niej - Jak masz na imię?
- Elize. A czy ty masz jakieś imię?
- Tak, wołają na mnie Agnor.
Elize wyleczyła łapkę Agnora. Tak się zaprzyjaźnili, że lisek pozostał przy niej i stał się jej najwierniejszym przyjacielem. Bardzo często zdarzało się, że pomagał jej w różnych trudnych sytuacjach, gdyż jak się okazało był bardzo mądrym zwierzątkiem.

I wszystko byłoby dobrze w tej pięknej, spokojnej Krainie. Sędziwy Aavatsmark pomagał wszystkim ludziom. Podobnie czyniły jego piękne córki. Irene, która była samotniczką, często wędrowała po górach i śpiewała piękne pieśni, których dźwięk niósł się długo i daleko po górach i szczelinach. Elize razem z Agnorem biegała po łąkach i swym czułym dotykiem radowała wszystkich serca. Ludzie toczyli spokojne życie i kochali dobrego ojca i jego dwie córki.

Lecz żył jeszcze na tej ziemi człowiek o imieniu Dahl. Był on już w sędziwym wieku, podobnie jak Aavatsmark. Był to stary mężczyzna o bardzo ponurej twarzy i zawsze pomarszczonym czole. Był zły. Nikomu nie chciał pomóc, a nawet starał się czynić innym ludziom źle. Jednakże kiedyś taki nie był. Ludzie go lubili, niektórzy nawet bardzo cenili. Kiedyś on i Aavatsmark to najwięksi przyjaciele. Kiedy byli młodzieńcami nikt nie mógł dorównać im w kunszcie łowieckim. A najważniejsze było, że byli przyjaciółmi na śmierć i życie. Kiedy jednemu coś złego się przytrafiło, drugi niczym błyskawica pędził mu z pomocą. Zdarzało się, że znikali na kilka dni i wszyscy niepokoili się o nich. Młodzieńcy w tym czasie wędrowali wiele kilometrów po górach i snuli długie pogawędki. Obiecywali sobie, że będą przyjaciółmi już do końca życia.

Stało się jednak inaczej. Kiedy z wiekiem Aavatsmark darzony był coraz większą miłością mieszkańców Krainy, Dahl powoli zaczynał go nienawidzić. Kiedy Dahl dręczył się, jak to się dzieje, że wszyscy wielbią Aavatsmarka, ich miłość do tego poczciwego mędrca coraz bardziej wzrastała. Złościło to bardzo Dahla, do tego stopnia, że cieszyły go wszelkie złe uczynki okrutnego boga Forlanda. On sam też coraz częściej czynił źle i wciąż myślał o zemście na Aavatsmarku.

Miał Dahl dwóch synów Andreasa i Waldemara. Pięknych, silnych młodzieńców. I co najważniejsze całkowicie różniących się od swojego ojca. Byli to dobrzy chłopcy. Martwiło i smuciło ich postępowanie i okrucieństwo ojca. Dlatego kiedy nadarzała się okazja pomagali innym ludziom. Mieli wielu przyjaciół. Lecz kiedy Dahl widział jak pomagają innym bardzo się złościł i surowo karał swoich synów. Bardzo cierpieli oni z tego powodu.

Andreas, wysoki, silnie opalony, zawsze wesoły bardzo kochał zwierzęta. Tak mocno je kochał, że przyjaźnił się z wieloma z nich. Przyjaźń ta pomagała mu w trudnych chwilach, kiedy ojciec coraz bardziej odsuwał go i jego brata od ludzi. Ze wszystkich zwierząt najbardziej pokochał dwa renifery, które nie odstępowały go na krok. Temu, który zawsze wędrował przy jego lewym boku dał na imię Olivier, a drugiemu, który nigdy nie odstępował od jego prawego boku Einvid. Wieczorami często mówił do nich, a one patrzyły na niego swoimi wielkimi oczami i słuchały. Jakby rozumiały każde jego słowo. Kiedy on płakał, w ich oczach również pojawiały się łzy.

Drugi syn Dahla Waldemar był również bardzo pięknym młodzieńcem. Jego błękitne oczy wyglądały jakby były kawałkiem nieba. Kiedy się uśmiechał wszystko wokół wydawało się ożywać. Kochały się w nim, jak i w jego bracie wszystkie dziewczyny, które ich ujrzały. Lecz bardzo smutny był już od dłuższego czasu Waldemar. Smutek jego powodowany był nieludzkim postępowaniem ojca. Wszyscy widzieli jak bardzo cierpiał. Coraz częściej oddalał się bardzo daleko od domu i ojca, gdzie w samotności spędzał wiele godzin.

Martwili się ludzie o tych dwóch dobrych młodzieńców. Martwił się również dobry Aavatsmark, bo znał tych chłopców od najmłodszych lat. Dobrze wiedział jacy to szlachetni młodzieńcy.

Mijał czas. W spokojne życie mieszkańców Krainy coraz częściej cisnął jak gromy złe uczynki okrutny bóg Forland. Zalewał gospodarstwa wodą, sypał coraz więcej śniegu. Niektórzy ludzie cierpieli z zimna i głodu. Ale życie jakoś się toczyło. Były i piękne dni, których większość zawdzięczali Aavatsmarkowi i jego dwóm pięknym córkom.

Na ziemi tej nie rosły drzewa, nie było bujnych, gęstych lasów. Były za to piękne krzewy, o bardzo kolorowych kwiatach. I łąki, które kwitły wszystkimi barwami. Najpiękniejszym krzewem była tęczówka. Miała ona kwiaty w kształcie kielichów, które mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. Przy jednym z takich krzewów bardzo często siadywała Elize ze swoim liskiem Agnorem. Pewnego razu, gdy tak siedziała, ujrzała naraz dwa śliczne renifery, które szły w jej kierunku. W chwilę później ujrzała młodzieńca. Młodzieńca tak pięknego, że poczuła jak jej serce zaczyna mocniej bić. Wiedziała kto to był, bo nieraz słyszała o dobrym Andreasie i jego dwóch nierozłącznych reniferach. Ale nigdy wcześniej go nie widziała. On też ja ujrzał. Zabłysły mu oczy, gdy zobaczył jak lekki wiatr faluje jej długie, lśniące czarne włosy. Uśmiechnął się i odezwał się ciepłym głosem:
- Witaj piękna dziewczyno.
- Witaj Andreasie.
- Skąd znasz moje imię? - zapytał zdziwiony.
- Och, każdy w okolicy wie o pięknym młodzieńcu i jego dwóch renach.
- A ty jak masz na imię...? - spytał i wyciągnął do niej dłoń na powitanie. Jednak gdy tylko jego dłoń dotknęła jej dłoni, wiedział już kim jest ta piękna dziewczyna. Gdyż wszyscy znali dreszcz ciepłego dotyku Elize.
- ...nie mów - dokończył - Ty jesteś Elize, córka dobrego Aavatsmarka.
Uśmiechnęła się ciepło do niego. Nie zapytała nawet skąd zna jej imię.
Zaczęli rozmawiać. Rozmawiali bardzo długo i nawet nie zauważyli jak zapadł zmierzch. Dopiero niespokojne ruchy Agnora przypomniały Elize o późnej porze. Nie chciała ona jednak tak szybko rozstawać się z pięknym młodzieńcem. I on też nie chciał:
- Czy spotkamy się jeszcze kiedyś? - zapytał.
- O niczym innym nie marzę - odrzekła Elize i zarumieniła się zawstydzona.
- Ja też...- szepnął Andreas.

Sama nie wiedziała jak to się stało, gdy nieoczekiwanie Elize pocałowała Andreasa w usta. Ten odwzajemnił jej gorący pocałunek. Ujrzawszy tą scenę reny Einvid i Olivier oraz lisek Agnor, spojrzeli na siebie i zamrugali oczami. Oczami pełnymi szczęścia.

Szczęśliwa Elize popędziła do domu. Opowiedziała wszystko swojej ukochanej siostrze Irene. Słyszał wszystko również Aavatsmark, gdyż nigdy nie miała przed nim żadnych tajemnic. Wysłuchał on w zadumie opowieści córki i bardzo się w duszy ucieszył. Wiedział, że lepszego chłopca jego córka pokochać nie mogła. Był szczęśliwy, martwił się tylko, co o tym wszystkim powie Dahl.

Tej samej nocy Andreas opowiedział o swoim szczęściu swojemu najdroższemu bratu Waldemarowi. A potem do rana rozmawiał ze swoimi reniferami, które uważnie słuchały każdego jego słowa. Ojcu nic nie powiedział.

Cieszyła się, że szczęścia siostry Irene. Tylko czasem robiło się jej smutno, że ona jeszcze nie spotkała swojego jedynego.

Mijały dni. Elize spotykała się każdego wieczora, pod krzewem tęczówki z Andreasem, który każdego zmierzchu wymykał się z domu, w tajemnicy przed ojcem. Coraz więcej ludzi cieszyło się na wieść o związku tych dwojga. Przez przypadek dowiedział się o miłości swojego syna również Dahl. Wpadł w złość, walił pięścią w stół i krzyczał:
- Jesteś moim synem i zakazuję ci spotykać się z córką tego łajdaka Aavatsmarka !
- Ojcze dobrze wiesz, że Aavatasmark nie jest łajdakiem i wszyscy w Krainie go kochają.
- Milcz! Zakazuje ci i koniec !
Znał złość swojego ojca Andreas.
- Dobrze ojcze - odpowiedział. Lecz wiedział dobrze, że nigdy nie przestanie spotykać się ze swoją ukochaną Elize. Ścisnęło silnie jego serce i całą noc szeptał do renów, a im szkliły się oczy.

Było śliczne słoneczne popołudnie. Morze było gładkie i odbijało w sobie błękitne niebo. Ślicznie zieleniły się mchy, a kwiaty mieniły się swoimi najpiękniejszymi odcieniami. Gdzieś wysoko szybowały ptaki, na łąkach radośnie biegały renifery, a na przybrzeżnych skałach leniwie wylegiwały się foki.

Irene uradowana tak pięknym dniem, wybrała się na spacer. Bardzo długo szła rozmyślając i obserwując piękno otaczającego ją świata. Ponieważ było bardzo ciepło ubrana była tylko w cienką zielono błękitna sukienkę. Swoje śliczne blond włosy spięła w kok, który wyglądał jak gniazdko ptaszka. Szła i szła. Ciekawiło ją wszystko. Obserwowała jak mały ptaszek biegał po kamieniach, gdyż jeszcze nie umiał fruwać. Podskakiwał tylko śmiesznie, robił dziwne przewroty i bardzo rozbawił tym Irene. Idąc tak już kilka godzin nie zauważyła, jak daleko oddaliła się od domu. Gdy się zorientowała zlękła się trochę, ale było tak pięknie, że szła dalej.

W tym samym czasie ze snu budził się w cieśninie okrutny Forland. Wychylił swoją głowę z morza. Widząc jak pięknie jest na świecie. Jak ludzie się radują, wpadł w wielką złość. Znanym tylko sobie sposobem rozpętał silny wiatr. W jednej chwili nad spokojną Krainą rozszalała się zawieja i zaczął padać biały, zimny śnieg. Ludzie pochowali się do chat, a zwierzęta do swoich kryjówek. Tylko od czasu do czasu słychać było szyderczy śmiech boga Forlanda.

Kiedy Irene poczuła na swojej gładkiej szyi pierwsze, zimne płatki śniegu spostrzegła, że nie wie gdzie jest. Wystraszyła się bardzo. Zrobiło jej się bardzo zimno. Zrobiło się ponuro. Niebo stało się granatowe, a śnieg tak silnie prószył, że nic nie było widać na wyciągnięcie dłoni. Irene chciała wracać, ale potknęła się o jakiś kamień i upadła. Jej piękne włosy potargał wiatr, a zielono błękitna sukienka przemokła od ostatniej nitki. Zrobiło się córce Aavatamarka bardzo zimno, zimno jak jeszcze nigdy dotąd. Trząsła się. Kucnęła i zaczęła szlochać.

Zapadła głęboka noc. Stary Aavatsmark strasznie zaniepokojony wydłużającą się nieobecnością córki, poprosił mieszkańców Krainy o pomoc w odnalezieniu jej. Ale nie musiał prosić, bo wszyscy byli już gotowi do poszukiwań. Wszyscy kochali, piękną, dobrą, zawsze uśmiechniętą Irene. Zawieja śnieżna nie ustawała. Nie ustawał też okrutny śmiech Forlanda.

Dowiedział się o zaginięciu córki Aavatsmarka Dahl. Bardzo się ucieszył ze zmartwienia swojego dawnego przyjaciela. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i uśmiechał się cicho do siebie. Widzieli ten okrutny uśmiech jego synowie. Serca im się krajały.
- Przecież Irene to siostra mojej ukochanej Elize, która teraz pewnie się zamartwia na śmierć - pomyślał Andreas.
- Przecież to niewinna istotka, bardzo słaba i taka dobra - pomyślał Waldemar, który choć widział ją tylko raz, bardzo wiele dobrego o niej słyszał.

Bracia poczekali cierpliwie, aż ojciec zasnął. Po czym cichutko wymknęli się z chaty, by wraz z innymi szukać córki Aavatsmarka. Waldemar zabrał ze sobą stary sztucer ojca, którego ten nie używał już od lat, a który kiedyś otrzymał w prezencie od ojca Irene. Wyszedł przed dom i poczuł jak zimno przeszywa jego ciało.
- Trzeba się spieszyć. Ona jest tam sama. Na pewno tylko lekko ubrana i jest jej bardzo zimno - pomyślał i pognał w ciemność.

Irene przysnęła. Kiedy się przebudziła poczuła, że z zimna nie może się poruszać. Zwłaszcza nie mogła poruszać palcami od rąk i nóg. Bardzo ją to wystraszyło. Nie znała jeszcze mrozu i uczucia zmarznięcia. A tym razem zły Forland rozszalał się jak nigdy. Dziewczyna szlochała, lecz nie miała już sił by cokolwiek uczynić, by się uratować. Powoli znowu zamykała oczy, gdy wtem usłyszała jakiś szmer. Nadzieja nieco jś ożywiła. Szmer stawał się coraz głośniejszy. Uśmiechnęła się na chwilkę, lecz po chwili ujrzała wielkiego białego niedźwiedzia. Zamarła ze strachu. Wiedziała, że niedźwiedzie nic złego nie robią ludziom, ale często starsi ludzie opowiadali o przypadkach, kiedy głodny niedźwiedź pożerał też ludzi. Chciała krzyczeć, odstraszyć go jakoś, ale poczuła, że pomimo, iż próbuje głos nie wydobywa się z jej gardła. Była sparaliżowana. Tymczasem wielki zwierz wyciągnął swoją wielką łapę, by sięgnąć swoją łatwą zdobycz. Rozwarł szeroko szczękę, jakby w uśmiechu, a może w obawie by mu się na pewno zmieściła w gardle.

Dziewczyna zamknęła oczy. Czuła już jego oddech na twarzy. Czuła jego sierść z pyska dotykającą jej delikatnej szyi, gdy wtem rozległ się strzał. Lęk i huk spowodowały, że dziewczyna zemdlała. Niedźwiedź zasapał ciężko, zacharczał i runął martwy na ziemię. Na sekundę przed śmiercią strzał ze sztucera Waldemara uratował dziewczynę. Młodzieniec podbiegł i chwycił ją w dłonie. Wystraszył się, że nie żyje, ale uśmiechnął się za chwilę, gdyż zauważył jak otwiera oczy. Otulił ją mocniej ramieniem, poczuł jaka jest przemarznięta.

Irene otworzyła oczy. Jeszcze nie wiedziała co się stało. Wydawało jej się, że śni. Lecz kiedy ujrzała obok cielsko niedźwiedzia wszystko sobie przypomniała. Spojrzała na młodzieńca:
- Kim jesteś? - spytała ledwo słyszalnym, drżącym głosem - co się stało?
- Jestem Waldemar, syn Dahla.

Wtedy przypomniała sobie opowieści ludzi o przystojnym i dzielnym synu Dahla, bracie ukochanego jej siostry. Czuła jak robi się jej cieplej. Zauważyła, że jest silnie otulona jego ramionami. Zrobiło jej się dobrze. Poczuła się szczęśliwa. Zasnęła. Waldemar uniósł ją lekko i poniósł do wioski. Po długim i wyczerpującym marszu stanął w drzwiach chaty Aavatsmarka. Kiedy Aavatsmark ujrzał Waldemara trzymającego w dłoniach jego córkę zamarł ze szczęścia w bezruchu. Uściskom młodzieńca i podziękowaniom nie było końca. Wszyscy się radowali. Elize z Andreasem i ich zwierzętami. I cała kraina. W środku nocy stał się dzień. Ludzie przybywali pod dom Aavatsmarka by wraz z nim cieszyć się jego szczęściem.

Irene się przebudziła. W świetle świec ujrzała Waldemara. Była szczęśliwa. Ale nie dlatego, że żyje, że już nie ma wielkiego białego niedźwiedzia. Była szczęśliwa, bo ujrzała tego, który ją uratował, a teraz patrzył z błyskiem w oczach na jej cudowną, piękną twarz. On też był szczęśliwy. Też wiedział. Ona też wiedziała. Zakochali się w sobie od razu. Nic już nie mogło ich rozłączyć. Błysk w ich oczach widział też dobry Aavatsmark i inni ludzie. Opuścili ich, zostawili samych.
- Irene...- wyszeptał młodzieniec.
- Waldemar - wyszeptała, po czym uwiesiła dłonie na jego szyi. I bardzo długo ich usta się nie rozłączały.

Cała Kraina się radowała. Śmiechom, krzykom nie było końca. Usłyszał to wszystko i się przebudził stary Dahl. Zrozumiał szybko co się stało. Kiedy wyszedł przed chatę usłyszał powtarzające się głosy:
- Syn Dahla, Waldemar uratował Irene, córkę Aavatsmarka!!!
Usłyszawszy te słowa wpadł w wściekłość. Zrobił się siny. Pobiegł w stronę chaty znienawidzonego Aavatsmarka. Widząc tłumy ludzi zwolnił nieco kroku. Wiedział, że w tej sytuacji jest bezradny. Jednak myśl o zemście nie dawała mu spokoju. Kiedy stanął przy chacie Aavatsmarka jak jego syn ściska i całuje córkę Aavatsmarka. Tłum ucichł.
- Nigdy na to nie pozwolę ! - krzyknął Dahl, po czym z nienawiścią w oczach odwrócił się i poszedł w stronę morza. Usłyszał te słowa Waldemar, ale nie zwrócił na nie uwagi. Ona dla niego była najważniejsza. Jednak wierzył, że dawne dobro wróci jeszcze kiedyś na twarz jego ojca.

Aavatsmark usłyszawszy Dahla chciał go zatrzymać, porozmawiać z nim, ale już go nie było. Dahl wściekły, szybkim krokiem szedł ku brzegu morza. Czoło jego jeszcze bardziej się zmarszczyło. Wtem koło krzewu tęczówki ujrzał swojego drugiego syna Andreasa, jak ten obejmuje Elize. Ujrzawszy go lisek Agnor wyszeptał:
- Uważajcie. Lecz było już za późno.
- Synu nigdy więcej nie chcę cię widzieć !!! - wrzasnął Dahl, aż renifery Einvid i Olivier przepłoszyły się i uciekły.
- Ojcze...- wyszeptał Andreas.
Dahl jednak gnał już nad morze. W głowie jego brzęczał tylko jeden wyraz: zemsta. Słyszał w oddali radość ludzi. Przesiąknięty myślą o zemście i nienawiścią o mało nie zderzył się z okrutnym bogiem Forlandem, który właśnie wyłonił się z wody, usłyszawszy krzyki w dolinie.
- Uważaj Dahlu - powiedział gromkim głosem.
Dahl wzdrygnął się.
- Nie bój się nic ci nie zrobię. Widzę, że jesteś bardzo zdenerwowany. Czyżby Aavatsmark znowu wystawił cię do wiatru?

To jeszcze bardziej rozzłościło Dahla. I do głowy przyszedł mu jak się mu wydawało wspaniały pomysł.
- Słuchaj okrutny Forlandzie, czy nie chciałbyś pomóc mi się zemścić na Aavatsmarku i jego córkach.
- Ha, ha - zaśmiał się głośno Forland. Dahl znowu się wzdrygnął, a jego ciało przeszył dreszcz strachu.
- Dobrze trafiłeś Dahlu, też nienawidzę tego Aavatsmarka, którego tak wszyscy kochają. Ale nic nie mogę zrobić. Inni okrutni bogowie mi na to nie pozwalają.
Nagle wodniste ciało z wielką głową Forlanda zatrzęsło się ze śmiechu.
- Jest tylko jedno rozwiązanie - rzekł.
- Jakie ?! - prawie krzyknął podniecony Dahl.
- Jak wiesz kocham zimno i uwielbiam nim dręczyć ludzi. Mógłbym Aavatsmarka i jego dwie córki zamienić w lód, pod warunkiem, że poprosiłby mnie człowiek, którego serce jest jak lód. A ty chyba jesteś tym człowiekiem.
Dahl zawahał się.
- Tak jestem...
- Musisz przyrzec, że tak jest.
- Przyrzekam. Zniszcz teraz Aavatsmarka i jego dwie córki... jak najszybciej...
- Wystarczy przerwał mu Forland i szyderczo się zaśmiał. A jego śmiech zadudnił w całej Krainie. Przeszył strachem wszystkich ludzi. Nawet Dahl się zaniepokoił. Nie wiedział nawet co uczynił. Forland się radował. Teraz mógł całą Krainę zmienić w lód. Nie tylko Aavatsmarka i jego córki. Tego już nie dopowiedział Dahlowi.

"Zamienię kogo będę chciał - pomyślał - zamienię wszystkich".

Po chwili nad Krainą Poszarpanych Szczytów rozszalała się zawieja śnieżna, jakiej nikt dotąd jeszcze nie widział. To Forland szalał. Wielkie płaty śniegu i kryształy lodu spadały na góry, łąki, chaty i ludzi. Wszyscy wylegli z chat i krzyczeli przerażeni. W panice podbiegali pod dom Aavatsmarka. Ale on tym razem był bezradny. Uspokajał ludzi, że to zaraz minie. Lecz zawieja nie ustawała, a jeszcze bardziej przybierała na sile. Robiło się coraz zimniej. Ludzie kostnieli i zamierali w bezruchu.

Aavatsmark zaczął się rozglądać za swoimi ukochanymi córkami. Wtem ujrzał jak Irene dziwnie zaczyna się poruszać, wymyka się z ramion Waldemara, który daremnie próbuje ją chwycić. Pada na ziemię i zamienia się w lód. Coraz większą bryłę lodu. Zrozpaczony ojciec widzi jak ciało jego ukochanej córki przemienia się w białą, krystaliczną masę. Nie słyszy nawet jęków Waldemara. Szuka Elize. Lecz z nią dzieje się to samo. Wyślizguje się z uścisku Andreasa i przybiera postać lodu. W tej samej chwili podbiega i wtula się w nią jej przyjaciel lisek Agnor, który w chwilę później również staje się lodem, przylegającym do swojej przyjaciółki Elize. Andreas jest bezradny. Z oczu jego kapią łzy, które od razu zamieniają się w kryształki lodu.

W oddali z uśmiechem obserwuje to wszystko Dahl. Nagle ciało jego przeszywa dreszcz. Widzi bowiem, jak pomiędzy Aavatsmarkiem, a zmieniającą się w lód jego córką Irene, jego syn Waldemar również przemienia się w bryłę lodu. Ale w oczach swojego syna nie widzi strachu. Dahl już rozumie, że jest on szczęśliwy, bo na zawsze pozostanie obok tej, którą pokochał. Obok Irene. Dahl przeczuwa najgorsze. Rozgląda się. Widzi swojego drugiego syna. I on też.
- Nie !!! - krzyczy przeraźliwie stary Dahl.

Lecz w tym momencie Andreas jest już lodem. Podbiegają do niego zdziwione renifery, jego przyjaciele. Olivier jak zawsze przy lewym boku, a Einvid przy prawym. I one w chwilę potem stają się lodem, by na zawsze pozostać ze swoim panem i jego ukochaną Elize.

Dahl zrozpaczony krzyczy:
- To moja wina ! To moja wina !
Jednak nikt go już nie słyszy. Nikt nie widzi jak płacze. Jak dobro wraca na jego twarz. Widzi to tylko stary Aavatsmark. Podbiega do Dahla. Wokół szaleje zawieja.
- I coś ty narobił przyjacielu.
Dahl tylko patrzy i myśli. Widzi jak również Aavatsmark powoli przeobraża się w lód. Robi mu się przeraźliwie zimno. Czuje, że sam staje się lodem.
- Wybacz przyjacielu...- krzyczy Dahl - już nic nie możemy zrobić.
- Jedyne... co możemy... zrobić - krzyczy przerywanym głosem, na pół będący już lodem Aavatsmark.
- ... to chronić już zawsze nasze ukochane dzieci. Ja będę strzegł ich od północy, a ty otul ich ramieniem od południa - ostatnim tchem wyszeptał, po czym stał się lodem. Dahl resztkami sił popędził na południe, gdzie też zlodowaciał.

Po chwili nastała cisza. Zadowolony Forland zniknął w wodach cieśniny.

I w ten sposób piękna, kolorowa, kwiecista kraina została przemieniona przez złego Forlanda w krainę lodu. Jednak jest ona nadal piękna. W słoneczne dni świecą się zamarznięte ciała Aavatsmarka i jego dwóch pięknych córek. A w ich lodowych ciałach odbijają się wszystkie kolory. Obok ślicznych dziewczyn spoczywają ciała ich ukochanych młodzieńców Andreasa i Waldemara. Razem z nimi są ich przyjaciele zwierzęta: lisek Agnor i renifery Einvid i Olivier. Od północy strzeże ich poczciwy, dobry Aavatsmark, a od południa już dobry Dahl.

Kraina ta jest nadal piękna, jak piękne są lodowce, powstałe z pięknych istot ludzkich zakochanych w sobie. Są oni szczęśliwi. Tylko czasami, gdy jest ciepło latem, płaczą. A ich łzy płyną rzekami do wód cieśniny, gdzie dręczą sumienie okrutnego Forlanda. Dręczony Forland uspokoił się. Tylko czasami, gdy po wodach go kryjących żeglują ludzie, odzywa się i dręczy ich, kołysząc silnie fale cieśniny.

I tak kończy się opowieść o wielkiej miłości. Czy się kończy dobrze? Tak. Kochankowie zostali na zawsze ze sobą, a ojcowie mają swoje dzieci przy sobie i pilnują by się im więcej krzywda nie stała.


Powrót