English version
Pobieranie animacji...
Menu główne:
Ostatnie Wyprawy:
Szybkie linki:
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu





Odwiedź nasz profil w portalu Facebook

Szukaj nas też na Twitterze

O Wyprawie

XV Jubileuszowa Wyprawa Polarna na Spitsbergen trwała ponad dwa miesiące. Udział w wyprawie wzięli: mgr Irek Sobota (kierownik wyprawy), mgr Katarzyna Kubiak, mgr Piotr Weckwerth, mgr Tomasz Jaworski, Darek Brykała i Andrzej Araźny. W czasie wyprawy prowadzono badania naukowe dotyczące bilansu masy lodowca Waldemara i zmian jego przedpola. Odbyliśmy szereg wycieczek naukowo-poznawczo-przygodowych.

Kliknij w zdjęcie użytkownika, aby powiększyć

Relacja

Wstępu słów kilka
Tegoroczna letnia wyprawa Instytutu Geografii UMK na Spitsbergen była już piętnastą polarną ekspedycją naszej Uczelni. Była to wyprawa jubileuszowa, bo w 60-tą rocznicę polskich badań regionu naszej stacji - Kaffioyry. Właśnie 60 lat temu na tym terenie prowadziła badania I Polska Wyprawa Glacjologiczna, a 37 lat później stanęła tam Stacja Polarna Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. 60 lat od tego wydarzenia przebywała i pracowała w tym pięknym zakątku świata, przez ponad dwa miesiące wyprawa naukowa naszego Instytutu.
Stacja Polarna UMK jest najdalej na północ wysuniętą polską placówką naukową. Położona jest na 78 41' szerokości geograficznej północnej i 11 51' długości geograficznej wschodniej. Zlokalizowana została w północnej części Kaffioyry w pobliżu lodowca Aavatsmarka. Z rozbudowywanej stopniowo stacji skorzystało do tej pory trzynaście wypraw. W Toruńskim Domu pod Biegunem mieszkało i pracowało 70 osób. Wyniki wypraw to około 250 publikacji oraz topograficzne i tematyczne mapy. W 1995 roku rozpoczęte zostały systematyczne badania bilansu masy lodowca Waldemara.
Stacja Polarna UMK przygotowana jest do całorocznej pracy. Wyposażona jest w trzy niezależne źródła energii (generator spalinowy, siłownia wiatrowa, fotoogniwo). Środki transportu to pneumatyczna łódź motorowa, przystosowana do przybrzeżnej żeglugi morskiej oraz skutery śnieżne. Łączność radiową zapewnia radiostacja UKF o sygnale wywoławczym LH3MB.
W ciągu 22 lat istnienia stacji odwiedziło ją około 300 osób, w tym 113 Polaków, 79 Norwegów. Stacje wizytowali również: Niemcy, Holendrzy, Rosjanie, Amerykanie, a nawet Australijczycy.
Trwała ona od czerwca do września bieżącego roku.
W wyprawie udział wzięło sześć osób:
mgr Ireneusz Sobota - kierownik wyprawy, hydrolog, piąta wyprawa na Spitsbergen,
mgr Katarzyna Kubiak - hydrolog, pierwsza wyprawa na Spitsbergen,
mgr Piotr Weckwerth - geomorfolog, pierwsza wyprawa na Spitsbergen,
mgr Tomasz Jaworski - geomorfolog, pierwsza wyprawa na Spitsbergen,
Dariusz Brykała - hydrolog, trzecia wyprawa na Spitsbergen,
Andrzej Araźny - klimatolog, druga wyprawa na Spitsbergen.
W czasie wyprawy prowadzono badania w ramach grantu zatytułowanego "Bilans masy lodowca Waldemara i zmiany jego przedpola". Badania te były kontynuacja badań rozpoczętych w 1995 roku. Przeprowadzono szczegółowe badania nad ablacją i odpływem z tego lodowca (I. Sobota) oraz nad systemem jego drenażu (D. Brykała). Wykonano pomiary selektywnego topnienia lodowca (K. Kubiak), a także dokonano szczegółowego kartowania jego przedpola (P. Weckwerth, T. Jaworski). Prowadzono również standardowe pomiary wybranych elementów meteorologicznych (A. Araźny). Ponadto wykonano cały szereg badań nad reżimem rzeki Waldemara (I. Sobota) i zasoleniem wód zatoki na przedpolu lodowca Aavatsmarka (K. Kubiak).
Okres wyprawy to czas wytężonej pracy w terenie, pomiarów, wędrówek, a także zachwytów i podziwu nad pięknem przyrody Dalekiej Północy. Ale to także wiele dni spędzonych razem, gdzieś na końcu świata...

A było tak...
Jakby się zastanowić, to tak naprawdę nasza wyprawa rozpoczęła się już w połowie maja, w momencie zakończenia ekspedycji zimowej. To właśnie od tej pory rozpoczynają się intensywne przygotowania do następnej wyprawy. Są to dni kiedy wszyscy żyją już myślą o wyjeździe. Ale to tej chwili jeszcze dużo czasu i dużo, dużo pracy. Każdy stara się załatwić co tylko może. Profesor Marek Grześ załatwia sprawy finansowe. Wszyscy chodzą w poszukiwaniu sponsorów. Parę rzeczy udaje się załatwić: pieczywo "Wasa" z Wrocławia, buty gumowe z Łodzi, płatki kukurydziane "Nestle", trochę żywności, jakaś odzież. Drobne rzeczy, ale tam daleko na pewno się przydadzą. Wiele osób nam pomaga. Pan K. Lankauf, jak zawsze w sprawach "papierkowych", pani Iwona Skowrońska załatwia wędliny, konserwy, miód. Niby niewiele, ale jakże dużo i jak cieszy. Przez pięć godzin robię zakupy żywności, jakże trudna praca i odpowiedzialne zadanie. Na wyprawie się okaże czy będzie wszystkim smakowało.
Czas pędzi jak błyskawica. Powoli pokój w Instytucie zamienia się w prawdziwy magazyn sprzętu, odzieży i żywności. Trudno się w tym wszystkim poruszać, wszędzie zapach suszonych pod sufitem kiełbas. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik, od tego zależy powodzenie wyprawy. A przecież oprócz przygotowań jest jeszcze wiele innych spraw: praca, zajęcia, obowiązki, no i trzeba częściej i dłużej, niż zwykle potrzymać za rękę najbliższą osobę. W końcu nie będzie nas ponad dwa miesiące. Trzeba się spieszyć. Cały nasz bagaż popłynie statkiem "Profesor Mołtanowskij" do Longyearbyen na Spitsbergenie. Statek wypływa 26 czerwca. Zawozimy więc wszystko do Gdyni. Statkiem tym popłynie również połowa naszej szóstki: Kasia Kubiak, Tomek Jaworski i Andrzej Araźny. Bagaż na statku. Uff. Jaka ulga. Zatem już prawie wyruszamy. Jeszcze tylko parę dni.
26 czerwca odpływają Kasia, Tomek i Andrzej. Będą płynąć kilka dni i zaczekają na nas w Longyearbyen. Ja, Darek Brykała i Piotr Weckwerth wyjeżdżamy 11 lipca, samochodem przez Skandynawię i dalej samolotem na Spitsbergen. Uroczyście żegna nas Dyrektor Instytutu prof. dr hab. J. Falkowski, prof. M. Grześ i Dyrektor K.R. Lankauf. Bardzo ciepło. W końcu jest lato. I w drogę. Trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.
Promem przez Bałtyk. Przez Szwecję jedziemy dwa dni. Zatrzymujemy się na dłużej w Parku Narodowym Abisko. Przekraczamy Krąg Polarny. Od teraz Słońce już nie zachodzi. Wreszcie dojeżdżamy do Tromso, miasta na północy Norwegii. Jest to jedno z piękniejszych miast, jakie stworzył człowiek. Położone na wyspach połączonych malowniczymi mostami. Przez całą dobę kwitnie tu życie towarzyskie, dlatego nazywane jest często "Paryżem Północy". Stąd startowały wielkie wyprawy polarne w celu odkrywania Arktyki, dlatego nazywane jest też "Wrotami do Północy". Tym razem wrota otworzyły się dla nas. Jeszcze tylko nocleg u księdza A. Żydka i odlatujemy.
Po prawie dwugodzinnym locie pod nami pojawiają się pierwsze lodowce i ostre, poszarpane szczyty gór. Nasze myśli są zapewne takie same, jak w 1596 roku W. Barentsa, który ujrzawszy po raz pierwszy tą ziemię, nazwał ją Krajem Ostrych Gór - Spitsbergenem. Jest to pora letnia. Morze, fiordy, zatoki, cieśniny są odmarznięte, a wokół nich dumnie ciągną się łańcuchy górskie, a pomiędzy nimi niebiesko błękitne lodowce. Jest to bardzo charakterystyczny widok. Widok nie do zapomnienia.
Na lotnisku czekają na nas Kasia, Tomek, Andrzej i Jurek Różański, u którego w biurze będziemy nocować. W Longyearbyen spędzamy kilka dni w oczekiwaniu na statek, który zabierze nas do stacji. Zwiedzamy to liczące około 1,5 tys. mieszkańców miasto. Jest tu kilka sklepów, szkoła, poczta, kawiarnia, domy mieszkalne. Toczy się normalne życie. W związku z odkryciem węgla kamiennego, w 1904 roku Amerykanin J. Longyer, założył tu osadę, którą następnie odsprzedał Norwegom. Dziś działa tu kilka kopalni. Znajduje się tutaj także Norweski Instytut Polarny, a naukowcy z całego świata prowadzą tu swoje badania. Zwiedzamy najbliższą okolicę. W międzyczasie rejestruję wyprawę u Gubernatora Svalbardu. Robimy ostatnie zakupy: świeży chleb, masło, ziemniaki, cebula, jakieś napoje i inne drobiazgi. Z tych drobiazgów i z tego co przypłynęło z Polski robi się cała góra bagażu. Oby się wszystko zmieściło na statek.
17 lipca przypływa po nas na "Farmie" Stig Henningsen. Wieczorem pakujemy nasze toboły. Przez chwile obawiam się czy ten mały stateczek nie utonie. Nie ma obaw. Wszystko się mieści, a Stig zapewnia, że wszystko w porządku. Zresztą dla miejscowych traperów nigdy nie ma problemów. Twardzi ludzie.
Następnego dnia rano wypływamy. Ładna pogoda. Im bliżej stacji, tym pogoda się pogarsza. W końcu wypływamy z Isfiordu i wpływamy do cieśniny Forland. A tu po zachodniej stronie Wyspa Księcia Karola, którą będziemy od teraz widzieć codziennie, tyle, że bardziej na północy. Serca biją coraz mocniej, bo to jeszcze tylko trzy godziny i ujrzymy naszą stację. Wreszcie pojawia się nam brązowy kolor równiny Kaffioyry. Chmury nisko. Niebo zachmurzone. Widzimy znajome lodowce: Oliviera, Andreasa, Einvinda, Elizy, Ireny i wreszcie lodowiec Waldemara. Kaffioyra jest płaską równiną o długości 14 km i maksymalnej szerokości do 3 km. Od północy zamyka ja lodowiec Aavatsmarka, a od południa lodowiec Dahla. Kaffioyra oznacza "równina kawowa". Nazwę taką nadał w 1909 roku G. Isachsen, bo właśnie tutaj zatrzymał się podczas wyprawy na odpoczynek przy kawie. Nazw o równie ciekawym pochodzeniu jest tu bardzo dużo. Lodowiec Waldemara jako swoją nazwę przyjął imię księcia Waldemara, syna księcia Pruskiego i księżniczki Ireny, której imię nadano lodowcowi sąsiedniemu. Są jeszcze inne: lodowiec Elizy (Elise Wedel Jarlsberg, żona Carla Otto Lovenskiolda), lodowiec Andreasa (Andreas Julius Jacobsen, norweski biznesmen wspierający polarne wyprawy Isachsena), lodowiec Eivinda i Oliviera (Einvind i Olivier Jacobsen, bracia Andreasa) oraz dwa największe lodowce: Aavatsmarka (Generał Ivar Aavatsmark, norweski polityk) i lodowiec Dahla (Thor Dahl, biznesmen i właściciel statku wielorybniczego). I jeszcze wiele, wiele innych.
No i najważniejszy widok. Gdzieś na końcu moren lodowca Aavatsmark mały brązowy domek - nasza stacja. Jeszcze tylko wyładunek. Trochę to trwa. Trzeba zrobić kilka kursów łodzią pontonową, by wszystko wyładować na brzeg. Wszystko idzie sprawnie. I wreszcie w stacji. Jakże to miłe uczucie. W środku porządek, od naszego wyjazdu z prof. M. Grzesiem w maju nic się nie zmieniło. Było tylko dwóch Norwegów. Przez dwa dni przygotowujemy stację do pracy. Segregujemy żywność. Montujemy radio UKF, uruchamiamy agregat, zakładamy nieopodal na morenie stację meteorologiczną. Po raz pierwszy montujemy automatyczną stację meteorologiczną, która będzie przez dwa miesiące w sposób ciągły rejestrować co godzinę cały szereg elementów meteorologicznych. W piecu jest już ogień, więc jesteśmy już w domu.
Rozpoczynamy pierwsze wyjścia w teren. I od tej pory będzie już tak codziennie, niezależnie od pogody, a ta nas nie rozpieszczała. Chodzimy w grupach, zawsze z bronią, gdyż wszystko może się zdarzyć, a wiadomo, że czasami można spotkać niedźwiedzia polarnego króla tej ziemi. Cały czas pamiętajmy, że jesteśmy tutaj gośćmi. W pierwszych dniach każdy przygotowuje sobie warsztat pracy w terenie. Montujemy przyrządy na lodowcu i w przełomie rzeki Waldemara. Rozpoczynają się pierwsze pomiary ablacji lodowca, naszego głównego celu badań. Zagadnienie ablacji lodowcowej jest bardzo interesujące. W powiązaniu z badaniami zimowymi pozwala oszacować wielkość bilansu masy lodowca. Daje to obraz współczesnych zmian powierzchni lodowców. Jak się później okaże ablacja powierzchniowa (topnienie) w tym roku była znacznie większa, aniżeli w poprzednich sezonach letnich. Średnio stopiło się około 1,5 m lodu. Lodowiec Waldemara jest niewielkim lodowcem typu alpejskiego, o powierzchni około 2,5 km2.
Każdy ma swoje zagadnienie do opracowania. I każdy bez wytchnienia pracuje. Niezależnie od pogody. A tegoroczne lato było wyjątkowo pochmurne. Opadów deszczu nie było dużo i gdyby nie ulewne ostatnie dni, byłby to sezon o najniższym opadzie, spośród wszystkich toruńskich wypraw. Jednak słońca też było bardzo mało, zaledwie parę dni. czasami wiał bardzo silny wiatr, a czasami była cisza, aż grało w uszach.
Codzienna droga do lodowca zajmuje dobrą godzinę. A potem cały dzień pracy. I z powrotem. Po drodze mijamy stada reniferów wyjadających tundrę. Zaciekawione podnoszą swoje przyozdobione w wielkie poroża głowy. Przed humorami pogody naszym schronieniem jest niewielki domek "ATA", który wybudowaliśmy rok temu, przy samym czole lodowca. Była to bardzo ciężka praca, ale jakże teraz łatwiej. Tutaj wszyscy spotykamy się na koniec dnia (jeżeli to w ogóle jest koniec dnia, przecież cały czas jest jasno) i razem wracamy do bazy. Na ogól na lodowiec wchodzę ostatni, bo zawsze wcześniej wykonuje pomiary wzdłuż rzeki Waldemara. Dopiero potem pomiary na lodzie. I zawsze kiedy wchodzę do góry, na morenę - ten sam widok. Darek Brykała przykucnięty, w żółtej czapce dokonuje pomiarów cieków supraglacjalnych. Kasia Kubiak z czekanem chodzi pomiędzy kamieniami moreny powierzchniowej i mierzy swoje stanowiska, które my nazywamy "kołderkami", bo taki mają kształt. Gdzieś na morenach Piotr Weckwerth i Tomek Jaworski w żółtych kurtkach wykonują pomiary geodezyjne, czy też kopią i analizują odkrywki geomorfologiczne. W tym czasie Andrzej Araźny odczytuje wszystko co pokazują mu termometry. Są też dni, kiedy w grupach dowiercamy tyczki ablacyjne. Czasami jest taka mgła, że nie możemy trafić od tyczki do tyczki, a przecież znamy ich położenie na pamięć. Innym razem świeci słońce, a lód razi w oczy. I tak wygląda prawie każdy dzień.
Oprócz codziennej pracy naukowej jeszcze wiele innych zajęć. Porządki w stacji. Trzeba nawozić wózkiem drewna dryftowego, wyrzucanego przez morze. Blisko stacji już wszystko wyzbierane. Trzeba chodzić daleko. Przesiąknięte wodą kloce są bardzo ciężkie. Dotaszczyć, porąbać i mamy opał. Wodę do picia czerpiemy wężem z niewielkiego jeziorka za moreną. Wkrótce jednak woda się w nim kończy. Wszystko wypijamy! Teraz już trzeba nosić wiadrami z innego jeziora, położonego dalej. Trochę prac remontowych.
Odbywamy też rekonesanse terenowe. Już w pierwszych dniach wybieramy się na górę "501". Po dość męczącej wspinaczce stromym grzbietem pod nami przepiękny widok. Potrzaskane czoło lodowca Aavatsmarka. Jakaż to potężna siła zdołała tak zmienić tą ogromną masę lodu. Dalej na północ roztacza się równina Sarsoyra. Schodzimy, idziemy dalej i znowu się wspinamy. Tym razem na otaczający od południa lodowiec Waldemara grzbiet Grafjelet. Stąd widok na niemalże całą Równinę Kawową. Jakaż ona brązowa.
Mijają dni. Czas na chrzest polarny. Zwyczajem jest, że ci którzy po raz pierwszy znaleźli się w strefie polarnej muszą przejść szereg prób, by mogli stać się polarnikami naprawdę. Tym razem ofiarami są Kasia, Piotr i Tomek. Przechodzą cały szereg prób-tortur. Między innymi z uwiązaną u nogi boją biegną do morza, przechodzą próbę strzelecką, jedzą kanapki z glonami morskimi i innymi "pysznościami", dzielnie znoszą próbę picia, odporność na grzmoty cielących się lodowców wykazują w blaszanej beczce. Potem jeszcze tylko ucinamy im po kosmyku włosów na pamiątkę i można nadać świadectwa chrztu polarnego. Kasia zostaje ochrzczona jako "Kołderka Polarna", Piotr jako "Muton Polarny", a Tomek jako "Reper Polarny". A potem już tylko uroczystość do rana. Wesołe chwile.
Kolejne dni za nami. Śniadania, porządki i w teren. Po dwóch bardzo pochmurnych tygodniach nastaje piękny, słoneczny dzień. Wybieramy się na całodzienną wycieczkę. Najpierw na lodowiec Ireny, a potem wzdłuż czoła lodowca Elizy. Schodzimy do tunelu wewnątrz lodowca. Dookoła ściany lodu, jak w jakiejś kryształowej komnacie. Cała struktura lodu, jak na dłoni. W końcu dochodzimy do celu naszej wędrówki "stołu południowego" czyli miejsca dawnego obozu pana K.R. Lankaufa. Tam robimy pyszny obiad i późną nocą wracamy wzdłuż brzegu morskiego do bazy.
Czas mija bardzo szybko. Pewnego dnia na krótko odwiedza nas dwóch norweskich policjantów. Bardzo sympatyczni ludzie. Tylko skąd oni tutaj? Przywożą przesyłkę od naszego starego przyjaciela Wojtka Moskala. Aktualnie jest on też na Spitsbergenie. Z niecierpliwością zaglądamy do środka Okazuje się, że jest tam dla nas kartka z życzeniami miłej pracy i osiem puszek piwa. Bardzo to miłe. Norwegom bardzo podoba się nasza stacja. Płyną dalej. Kilka dni później, w drodze powrotnej zatrzymują się na chwile i zostawiają nam karton żywności. Tak to już tam daleko jest. Wszyscy sobie pomagają. Oprócz tej wizyty jeszcze tylko jedna. Młody człowiek przylatuje helikopterem. W bazie jest tylko Andrzej, pozostali w terenie. Zabiera go on na krótki przelot nad lodowcem Waldemara. Leci bardzo nisko, machamy mu. Z niedowierzaniem rozpoznajemy w środku Andrzeja. To szczęściarz. I to były wszystkie wizyty obcokrajowców.
Mijają kolejne dni. Najtrudniejsze są poranki. Trudno wyjść z ciepłego śpiwora w chłodne, polarne lato. Na śniadanie zupa mleczna. Buty gumowe, kurtka i w teren. Często wracamy przemoczeni. Cała baza obwieszona w środku suszącymi się ciuchami. Ciepła kolacja wraca siły i humory.
Na ostatnie dwa tygodnie przed końcem wyprawy - niespodzianka. Na naszej łodzi pontonowej przypływa prof. Marek Grześ. Teraz jest nas siedmioro. Razem z profesorem na swojej łodzi przypływa Jurek Różański ze swoim synem Krzysiem. Zostają u nas na kilka dni. Korzystamy z faktu posiadania łodzi i trzech słonecznych dni. Płyniemy na drugą stronę zatoki. Zwiedzamy równinę Sarsoyrę. Wchodzimy na lodowiec Aavatsmarka. W głowie się kręci od kilkudziesięciometrowych szczelin. Słoneczne promienie odbijające się w lodzie powodują, że świeci się on niczym złoto.
Innym razem prof. M. Grześ, P. Weckwerth i ja płyniemy do NyAlesundu. Jest to najbardziej na północ wysunięta osada świata. Niewielka, w ciągu roku mieszka tu zaledwie trzydziestu mieszańców. Naukowcy z całego świata. Kiedyś mieszkańców było więcej, wtedy kiedy czynna była kopalnia węgla kamiennego. Jest to bardzo ważne miejsce w historii Arktyki. Stąd właśnie wyruszały wielkie wyprawy polarne do Bieguna Północnego. Między innymi w 1925 roku wyprawa Amundsena i Ellswortha, a w 1926 roku Amundsena i Nobilego wyprawa na sterowcu "Norge" i zdobycie Bieguna Północnego. Jest to również bardzo ważne miejsce dla nas. Tutaj mamy swoje skutery, którymi zimą docieramy do naszej stacji. Mamy tu też wielu przyjaciół W osadzie ma swoją siedzibę Norweski Instytut Polarny, jest kilka domów, sklep, pomniki wielkich odkrywców. Spędzamy w osadzie kilka godzin. Robimy drobne zakupy i wracamy. Trzeba się spieszyć, póki morze spokojne. Wieczorem jesteśmy z powrotem.
Coraz bliżej do końca wyprawy. Jeszcze kilka wędrówek, między innymi na południe Kaffioyry i na Bjornskankę. I cały czas praca w terenie. Powoli przygotowujemy stację do odjazdu. Trzeba ją odpowiednio zabezpieczyć na zimę. Szczelnie zatkać drzwi i okna, bo zimą będzie wystawał tylko dach.
2 września przypływa po nas "Farm". Okazuje się, że ze Stigiem jest Wojtek Moskal. Zatem do Longyearbyen płyniemy w doskonałym towarzystwie. Ostatnie spojrzenie na naszą stację. Smutno. Znowu tak długo będzie sama. Bez nas. Ale na pewno wrócimy. Wszyscy patrzą bardzo długo, aż znika z oczu. Wrócimy.
Jeszcze kilka dni w Longyearbyen. Podróż przez Skandynawię. Prom. I jesteśmy w kraju. Zakończyła się XV Jubileuszowa Wyprawa Polarna UMK na Spitsbergen.

I jeszcze chwila zadumy...
Przez ponad dwa miesiące pracowaliśmy a Arktyce. Było nas sześć osób. Przeprowadziliśmy szereg interesujących badań. Przepracowaliśmy wiele godzin. Ale oprócz badań naukowych, pracy w terenie, pomiarów, było coś jeszcze. Być może ważniejszego. Było to nasze życie, gdzieś Tam. Żyliśmy razem, zdani tylko na siebie. I było nam dobrze. Spędziliśmy wiele pięknych chwil na rozmowach poważnych i mniej poważnych. Razem zastanawialiśmy się nad sprawami wielkimi i nad tymi małymi. Pożegnaliśmy najbliższych i staliśmy się sobie najbliższymi. Przeżyliśmy wiele pięknych i dobrych chwil. Myślę, że udało się nam stworzyć bardzo przyjazną atmosferę. To bardzo ważne, bo przecież tam tej przyjaźni potrzeba trochę więcej, aniżeli tu w zgiełku codziennych spraw.
Za pomoc, za to, że było nam tak dobrze i fajnie, pragnę podziękować Kasi, Piotrowi, Darkowi, Tomkowi i Andrzejowi. Przypadła mi rola kierownika, zatem wiedzcie, że było dla mnie wielką rzeczą i wielkim zaszczytem być akurat Waszym kierownikiem.

To było nasze życie. DZIĘKI!!!

Irek Sobota